Cała piątka pochylała się nad nieprzytomną jeszcze kobietą. Respirator miarowo wydawał pikające dźwięki. Martina była zdenerwowana. Pani Crawford była w śpiączce. Nie dało się z nią porozmawiać. Dziewczynie zależało na czasie. Nie mogła zabrać Jamiego bez jej pozwolenia. Budzenie na siłę kobiety nie wchodziło w grę. Jamie siedział na kolanach Martiny bawiąc się palcami swojej mamy. Jego kolana dotykały zielonego pokrycia łóżka szpitalnego. Alice, która stała dwa kroki za chłopcem i Martiną , zatroskana, opierała głowę na ramieniu Cartera. Carter czule ją obejmował i miał nadzieję, że mama chłopca się niebawem wybudzi. Lucas siedział bardzo blisko Martiny i co chwila głaskał ją po plecach. Pielęgniarka pracująca przy respiratorze co jakiś czas posyłała zebranym słaby uśmiech, ale dawała też jasno do zrozumienia, że pora by wyszli.
***
- No nic... - westchnął Carter odwracając się do wyjścia. Pociągnął za sobą Alice i wyszli z sali. Lucas mrugnął do Jamiego, chłopiec w mig zeskoczył z kolan opiekunki i wyszedł. Lucas poklepał Martinę po ramieniu i również opuścił salę. Dziewczyna nie zauważyła żadnej różnicy w zachowaniu mamy Jamiego więc też postanowiła pójść. Będąc już przy drzwiach usłyszała przyśpieszony oddech Evy Crawford.
- Martina... - wyszeptała kobieta bezgłośnie poruszając ustami. Nastolatka prędko wróciła na swoje miejsce. Przez przezroczyste drzwi, pozostali obserwowali chorą i jej gościa.
- Spokojnie, proszę nic nie mówić - Martina złapała ją za rękę i postarała się jak najszybciej streścić jej swoją prośbę.
- Oczywiście. Zabierzcie Jamiego... - zgodziła się z ulgą kobieta. - Będę spokojniejsza o niego kiedy będzie z wami - zapewniła. - Dobrze mu zrobią wakacje, a ja w tym czasie może wydobrzeję.
Martina poklepała kobietę po ręce, pożegnała się i życzyła powrotu do zdrowia. Nie martwiła się o to kto będzie odwiedzał kobietę i opiekował się nią. Pani Bakker zobowiązała się dotrzymywać towarzystwa pani Crawford i troskliwie jej doglądać. Reszta czekała na Martinę przy drzwiach. Był z nimi lekarz kardiolog zajmujący się chorą kobietą.
- Jestem w szoku. - wyznał szczerze. - Pierwszy raz zdarzyło mi się by kobieta po ciężkim zawale serca, oprzytomniała już na drugi dzień! - lekarz był pełen podziwu.
- Jest silna - przyznał Carter.
- Wszystko będzie dobrze - dodała optymistycznie Alice.
- No to jak? Chyba się zbieramy? - zaproponował Carter.
- Racja - przyznał zakłopotany Lucas. Martina odetchnęła ciężko i mocniej ścisnęła rękę Jamiego.
- Pójdę z Jamiem i Lucasem po rzeczy małego, pani Bakker przekazała mi klucz - obwieściła dziewczyna.
- My zaczniemy się już pakować - Alice i Carter pośpiesznie wyszli ze szpitala. Martina posłała Lucasowi uśmiech i po chwili i oni byli już przed wejściem.
***
Dziewczyna w pośpiechu wrzcuała do poręcznej torby ubrania i niezbędne rzeczy chłopca. Jamie był w swoim pokoju i nieświadomy,że opuści go na 2 tygodnie, wkładał do plecaczka pluszaki i inne bliskie mu rzeczy. Lucas przetrząsał szuflady w poszukiwaniu książeczki zdrowia i innych dokumentów malca. Czterolatek z niewielkim bagażem niezauważony stanął gotowy do drogi przed domem. Wszystkie części garderoby już leżały w walizce. Martina pomagała szukać dokumentów. Na szczęście wszystko sprawnie poszło i cała trójka przed 11.00 była w domu.
- Wakacje!!! - Jamie wpadł do kuchni domu Stoessel z głośnym wrzaskiem. Ten radosny okrzyk poprawił humory domowników. Alice i Carter byli spakowani. Siedzieli przy kuchennym stole wypijając ostatnią, szybką kawę. Martina poszła sie spakować.
- Barcelona jest piękna, spodoba ci się - zapewniał Lucas opierając się o sosnową komodę.
- Skąd wiesz? Przecież nigdy nie byłeś? - Martina kryła w sobie niezadowolenie. Była w złym humorze, bo wszystko toczyło się nie po jej myśli. Siliła się na optymizm bo w końcu wyjazd do Barcelony to świetna rzecz!
- Będę pisał, ty też z resztą - wspomniał. Lucas. - Nie pożegnałaś się z Jo ani Lisą - zauważył chłopak - Brajan będzie zawiedziony wiedząc,że jesteś kilka kilometrów od Messiego i Neymara, a on nic o tym nie wiedział. Seravino będzie niepocieszony,że nic nie widział o twoim wyjeździe. - wyliczał.
- Skończ już! Nie mam ochoty... - zaczęła
- Nie masz ochoty tam jechać? Słyszysz siebie? Każdy by chciał zobaczyć Barcelonę! Nie każdy ma jednak tyle kasy i szczęścia!
- Nie planowałam tego wyjazdu, nie mam czasu na pożegnania. - po jej policzkach popłynęły łzy. Nie mogła tego znieść. Potrzebowała uścisku Jo i słów pocieszenia Lisy. Nagle prze otwarte okno do domu wtargnęły - blondynka i brunetka. Jo, nie czekając ani chwili rzuciła się na szyje przyjaciółce.
- Po powrocie musisz mi koniecznie powiedzieć jak ubierają się Barcelonki! - zawołała z uśmiechem.
Lisa delikatnie złapała Martine za rękę.
- Nie zgub się, Barcelona to wielkie miasto - zapewniła spokojnie.
Martina nie mogła powstrzymać śmiechu.
- Będe tęsknić! - zawołała na pożegnanie i wyszła z pokoju, a Lucas i dziewczyny za nią.
- Dać wam klucze? - zapytał niepewnie Carter na ich widok.
- Nie trzeba! - zaśmiały się przyjaciółki.
- O 12.00 mamy samolot! - krzyknęła z samochodu Alice. Carter przypiął Jamiego pasem a sam wsiadł za kierownicę. Lucas podszedł do Martiny, złapał ją za rękę i nachylił do jej ucha.
- Masz się dobrze bawić - szepnął. - Do zobaczenia za dwa tygodnie... - dodał.
- Tak jest! - przytaknęła z entuzjazmem dziewczyna. Lucas pocałował ją czule w policzek i stojąc na stopniach do domku, razem z Jo i Lisą, machał na pożegnanie odjeżdżającej rodzinie.
***
Na samolot zdążyli ze spokojem. Martwili się tylko o Jamiego jak zniesie lot samolotem. O dziwo chłopiec z wielką chęcią wsiadł na pokład i usadowił się na wolnym miejscu. Skasowali bilety, wysłuchali poleceń stewardesy i miło się uśmiechając wyjrzeli na zostawiony w tyle Amsterdam i kochaną, rodzinną wioskę. Martina poczuła burczenie w brzuchu.
- To skutek lotu samolotem, czy naprawdę jestem głodna? - zastanawiała się. Jamie, który był bardzo towarzyski, łatwo nawiązał rozmowę z siedzącymi obok mężczyzną wyglądającym na około 40 lat.
Martina siedziała z Alice,a Carter posłusznie przysiadła sie do trzęsącej się staruszki.
Martina leciała drugi raz samolotem. Pierwszy raz kiedy miała 5 lat, więc prawie wcale tego nie pamiętała. Przez okrągłe okienka samolotu było widać pierzaste chmury i słońce na szczycie nieba. Z Amsterdamu do Barcelony było 1 240 km.
W tym celu trzeba było przelecieć całą Francję. Może osiemdziesięcioletnia babcinka koło Cartera odezwała się do niego:
- A pan gdzie leci?
- Jak to gdzie? Wszyscy lecimy do Barcelony! - odparł zdumiony Carter.
- Jak to? - przeraziła się staruszka. - To tutaj nie jest tak jak w pociągu? Nie wysiada się na przystankach?
- No nie proszę pani. - Carter wzruszył ramionami.
- O kurczę.... Nigelu!!! - odwróciła się do tylu i zawołała drobnego dziadziusia siedzącego 5 siedzeń dalej. - Nigelu! Lecimy do Barcelony! - zawołała przestraszona.
- A gdzie państwo mieli wylądować? - zapytał z troska w głosie Carter.
- W Paryżu... - odparła zakłopotana kobieta.
- Właśnie przelatujemy nad Paryżem... - westchnął Carter.
- Mieliśmy odwiedzić córkę... - szepnęła babcia i ponownie odwróciła się do tylu. - Nigelu! Będziemy musieli się zatrzymać u tej wrednej zrzędy Amandy w Barcelonie! - obwieściła małżonkowi.
Ale kim była "wredna zrzęda Amanda " Carter się nie dowiedział. Alice nienawidziła bezczynności i postanowiła przynieść coś do jedzenia. Nigdy jeszcze nie latała samolotem więc chodzenie po pokładzie sprawiało jej trudność.
- *Relax, je kunt het doen- powiedziała do siebie zmierzając do samolotowej kuchni.
Wróciła po 10 minutach i niepewnie stąpajac po pokładzie próbowała dostać się do swojego miejsca. Niestety samolot lekko sie przechylił i Alice straciła równowagę. Wylała zimną colę prosto na Jamiego, który siedział najbliżej.
- Nic nie szkodzi - malec posłał jej chytry uśmiech. Alice wzruszyła ramionami i doniosła resztę do siedzącej koło niej Martiny. Już niedługo cała rodzinka obżerała sie niezdrowym fast foodem.
Po 2 godzinach lotu mogli zobaczyć z okien samolotu wieżę Eiffla i zabudowania Paryża. Martina nigdy tam nie była, więc teraz mogła być jej jedyna szansa zobaczenia go. Przez szybę samolotu. Chociaż coś. Pomyślała o Barcelonie. O 2 cudownych tygodniach, które tam spędzi. O przygodach które ją spotkają. O nowych ludziach i doznaniach. Uśmiechnęła sie na myśl o tym. Mimo,że nie ma Lucasa... Ani Jo.... I Lisy.... I całej reszty.... To można się świetnie bawić! Nagle poczuła że kocha żyć i zatrzęsła się z zadowolenia.
- Co ci jest? - zaśmiała sie na ten widok Alice która nie zważając na gwałtowne skręty samolotu w najlepsze wcinała kanapki.
- Barcelona mi jest! - zawołała radośnie Martina i szeroko otworzyła oczy.
- Ach! Cieszy się! - obwieściła Alice Carterowi, który na chwilkę sie zdrzemnął.
***
Jamie z rozłożonymi do lotu ramionami wybiegł z samolotu na lotnisko w słonecznej Barcelonie.
Martina zmrużyła oczy od słońca.
- Gorącoooo... - zauważyła Alice i okręciła się wokół własnej osi.
- Wsapńiale - stwierdził Carter.
Nowoczesne lotnisko, a w oddali słynne, barcelońskie zabudowania wzbudzały zachwyt.
- No dobra... - westchnęła zmęczona noszeniem bagaży Martina - Gdzie nasz hotel?
- A no właśnie... - Carter z zakłopotaniem podrapał się po szyi. - Nie mamy hotelu.
- Słcuham?! Pojechaliśmy na wakacje w ciemno?! - nie dowierzała Martina. - Masz pełne pole popisu braciszku, wymyśl teraz coś! Carter wyciągnął komórkę i wpisał w wyszukiwarce : Hotele w Barcelonie.
- Mhmmm... - skupił się Carter - Mam! Jedziemy!
Martina nie dociekała jaki to hotel, gdzie się znajduje i tego typu rzeczy tylko wsiadła do taksówki biorąc na kolana Jamiego. Przez czarne szyby ekskluzywnej taksówki( można by powiedzieć - limuzyny), widać było charakterystyczne zabudowania, mnóstwo boisk do piłki nożnej, zabytkowe kościoły i świątynie. Po kilku minutach jazdy taksówkarz zatrzymał sie kilkaset metrów od centróm przed ogromnym hotelem, na którego czarnej jak noc i bardzo błyszczącej ścianie widniał biały napis ANDANTE. Martina nie przejęła się zbytnio tym,że taksówkarz sie zatrzymał, gdyż myślała,że albo się pomylił albo na coś czekają. Jednak gdy Carter wyszedł z taksówki i wiatr rozwiał mu włosy, a na jego twarzy pojawił się płomienny uśmiech, nie mogła uwierzyć własnym oczom. Przed nimi rozpościerał się widok na olbrzymi, luksusowy hotel, na którego stać było tylko nawiększych bogaczy świata.
- Mhmmm... - skupił się Carter - Mam! Jedziemy!
Martina nie dociekała jaki to hotel, gdzie się znajduje i tego typu rzeczy tylko wsiadła do taksówki biorąc na kolana Jamiego. Przez czarne szyby ekskluzywnej taksówki( można by powiedzieć - limuzyny), widać było charakterystyczne zabudowania, mnóstwo boisk do piłki nożnej, zabytkowe kościoły i świątynie. Po kilku minutach jazdy taksówkarz zatrzymał sie kilkaset metrów od centróm przed ogromnym hotelem, na którego czarnej jak noc i bardzo błyszczącej ścianie widniał biały napis ANDANTE. Martina nie przejęła się zbytnio tym,że taksówkarz sie zatrzymał, gdyż myślała,że albo się pomylił albo na coś czekają. Jednak gdy Carter wyszedł z taksówki i wiatr rozwiał mu włosy, a na jego twarzy pojawił się płomienny uśmiech, nie mogła uwierzyć własnym oczom. Przed nimi rozpościerał się widok na olbrzymi, luksusowy hotel, na którego stać było tylko nawiększych bogaczy świata.
- "Do których my ńie należymy" - pomyślała Martina.
- Carter? - Dziewczyna w podskokach, ze słodkim jak miód uśmiechem na ustach podbiegła do brata i złapała go za ramię, by się zatrzymał.
- Carter, skąd ty miałeś pieniądze,żeby wykupić nam dwutygodniowe wakacje w tak drogim hotelu? - zapytała zamiast " Czy to aby nie pomyłka? To na pewno nasz hotel?", gdyż dobrze wiedziała,że to ten hotel i nie nastąpiła żadna pomyłka.
- Powiem ci później, kochanie - Carter nader szczęśliwy uśmiechnął się do niej, objął ramieniem i wprowadził do środka.
- A nasze walizki? - chciała wiedzieć Martina. Carter wskazał dłonią na mężczyznę ubranego w czerwony uniform, który szedł za nimi krok w krok niosąc ich walizki. Dziewczyna wyrwała sie Carterowi i podbiegła do mężczyzny.
- Może ja to wezmę - poinformowała biorąc do ręki walizkę Jamiego i swoją.
- Niech się panienka nie obawia! Ja nic nie ukradnę - zapewnił mężczyzna.
- Ja wiem, proszę pana, tylko nie mogę patrzeć jak się pan męczy. Ja chętnie panu pomogę. - posłała mu szeroki uśmiech jakby dla zapewnienia tego co mówi.
- Jest mi bardzo miło - lokaj ukłonił się przed nią z serdecznym błyskiem w oku.
- Jakie ona ma dobre serduszko - szepnęła Alice do Cartera powstrzymując łzy. Carter tylko zaśmiał się krótko i po chwili stali w windzie, która miała zawieźć ich na drugie piętro. Stojąc przy drzwiach numer 16, grzecznie podziękowali lokajowi i weszli do mieszkania.
***
Nie był to pokój hotelowy. Nie było to nic co przypomina pokoje w NORMALNYCH hotelach. Bo ten hotel był NADZWYCZAJNY. Pomieszczenia w nich przypominały pomieszczenia w normalnym domu. Były bardzo duże, wyposażone w wiele sprzętów i ozdób a przede wszystkim - jasne, czyste i ładnie pachnące ! :). Gdy Alice otworzyła drzwi pierwsze co zobaczyli to oślepiający blask słońca wpadającego przez okienko. Widok przez okno na centrum Barcelony, na stadion narodowy, na kościoły, wieże i zabytki. Coś wspaniałego. Mieszkanie hotelowe państwa Stoessel rozpoczynało się od niewielkiego hallu w którym stał wieszak na ubrania, stojak na buty, wsiał na ścianie obraz przedstawiający Messiego i Neymara na boisku (:D) oraz mały, biały i puszysty dywanik. Z hallu wchodziło się do salonu gdzie była porażająco czysta i biała podłoga, jasne, błękitne ściany i wiekie okna po prawej stronie ze szklanymi drzwiami na duży balkon. Po prawej, zaraz przy ścianie stała czteroosobowa, szara kanapa, przed nią stolik na kawę i dwa fotele. Wielki, płaski, plazmowy telewizor z tysiącem różnych kanłów. W rogu stał bardzo elegancki stolik szachowy z fantazyjnie kutymi krzesłami. Na podłodze leżał błękitny dywan, który wyglądał jakby nikt go nigdy jeszcze nie dotknął. Na balkonie stały dwa miękkie leżaki a pomiędzy nimi stolik, na którym ktoś postawił dzbanek z lemoniadą i cztery szklanki. Na stoliku do kawy w salonie stał talerzyk z ciasteczkami. Z salonu po lewej szło się do kuchni. Kuchnia była bardzo nowoczesna i przestronna z szaro-limonkowymi blatami. Znajdowało się tak kilka szarych i lśniących blatów, duża lodówka, kuchenka gazowa, kosz na śmieci, szafki wiszące, stół dla sześciu osób wraz z krzesłami. Ściany były koloru perłowego a podłoga była identyczna jak w salonie. Z kuchni wejście było do łazienki, która była niespotykających rozmiarów. Zaraz po lewej stała wanna z kości słoniowej ze złotym kranem. Dalej po lewej stał prosty ale bardzo błyszczący i czyściutki prysznic. Po prawej wygodna toaleta dla osób płci męskiej i żeńskiej i na wprost przy ścianie znajdowała się przezroczysta umywalka ze zdobionym nad nią lustrem. Apartament składał się z dwóch sypialni. W jednej było łóżko dwuosobowe na co Carter i Alice przymknęli oko, była na nim wiśniowa pościel. W rogu stała drewniana komoda, przy niej stał mały stoliczek, na którym stała lampka nocna i budzik. Z sypialni wychodziło się na kolejny balkon tym razem był na nim grill i ogrodowy stolik dla sześciu osób. W pokoju był puszysty dywanik z frędzlami koloru wiśni. Nad łóżkiem wsiał obraz przedstawiający widok na Barcelonę. Z sypialni drzwi prowadziły do jeszcze jednego pomieszczenia. Było małe i prostokątne. Pełniło rolę garderoby. Po obu stronach małego pomieszczenia były białe, drewniane półki, na których mozna było położyć ubrania. Druga sypialnia była po drugiej stronie kuchni. Były w niej dwa jednoosobowe łóżka, w oknach wisiały pomarańczowe zasłonki, na ziemi leżały dywaniki w kształcie serduszek, przy ścianie stały dwie szafki z kilkoma półkami, a nad łóżkami wisiały portrety Messiego i Neymara. Do okna zaś przyczepiono flagę FC Barcelony. W każdej szafce na naszych bohaterów czekało kilka rzeczy. W szafce w pokoju Alice i Cartera leżały dwie koszulki FC Barcelony, farby w kolorach drużyny i dwa bilety na mecz ( które Carter wcześniej zamówił). W szafce Jamiego leżał miś ubrany w barwy Barcelony trzymający w łapce bilet a na jego łóżku leżała koszulka jego rozmiarów. W szafce Martiny (też za sprawą Cartera) leżał odtwarzacz z jedną tylko piosenką - Hymnem FC Barcelony.
Wszyscy byli wniebowzięci prezentami, widokiem z okna, tym,że są w Barcelonie, tym,że są w tak bogatym i uroczym i miłym hotelu, tym,że spędzą tu 2 wspaniałe tygodnie pełne atrakcji. I żadne z nich w tej chwili nie tęskiniło do rodzinnej Holandii. Do rodzinnego domku. Do przyjaciół i rodziny.
Ale to był dopiero początek wrażeń....
***
*Relax, je kunt het doen - Spokojnie, wszystko będzie dobrze/Spokojnie, możesz to zrobić
***
Witam po długiej przerwie. Mam głowę nabitą pomysłami, i zero. motywacji do działania :D
Postarajcie sobie wyobrazić sytuacje którą wam przedstawiam. Nie wiem, czy komuś sie chce czytać tak długie (chyba) rozdziały xD. W każdym razie wszystko co tu piszę jest wyjmysłem mojej wyobraźni więc jeśli przesadzam to mówcie xD.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz