niedziela, 24 sierpnia 2014

Rozdział 6 - ''Takiego czegoś nie ma w Holandii!''

"Nigdy nie obrażaj czyjegoś idola. Może on być jedyną osobą, dla której jeszcze ktoś żyje" 
~ Ariana Grande
__________________________________________
Ten rozdział dedykuję mojej najlepszej przyjaciółce, która zawsze kiedy jej potrzebuję i bardzo chętnie poleciałabym z nią do Barcelony :*
***
 Alice i Martina stały przy swoich walizkach rozglądając się po pomieszczeniu.
Mały Jamie wstrzymywał przez całą podróż samolotem, więc Carter musiał prędko zabrać go toalety (gdyż mały sam nie umiał się jeszcze załatwić).
Dziewczyny czekały na chłopaków, gdyż zdezorientowane nie wiedziały co ze sobą zrobić. Nagle usłyszały na korytarzu dwa głosy. Jeden oddalający się i cichy, a drugi głośny i wyraźny jakby jego właściciel stał przed drzwiami. Klamka poruszyła się i w progu ukazał się szesnastolatek owinięty tylko w ręcznik, z opalonym i wytatuowanym ciałem, czarnymi, postawionymi do góry włosami i brązowymi oczami. ( tak wiem, że opisuję Zayna xD).
Martina i Alice się tego nie spodziewały.
- Na leżaku zostawiłem koszulkę, nie zapomnij jej! - zawołał przez ramię po angielsku z wyraźnym holenderskim akcentem.
- Good! - odpowiedział mu oddalający się jego towarzysz.
Pod Martiną w pierwszej chwili, gdy zobaczyła chłopaka ugięły się kolana.
Czy był to efekt ''zakochania od pierwszego wejrzenia''.
Chłopak odwrócił się przodem do dziewczyn i oczy wyszły mu z orbit.
- A panny co tu robią? - zapytał z figlarnym uśmiechem. Wzrokiem pożerał Martinę. dziewczyna zauważyła to, ale zachowała zimną krew, nie okazując żadnych uczuć.
Alice myślała jak się zachować. Potraktować go jak nieproszonego gościa, poważnie, czy spokojnie, na luzie zapytać, co on tu robi?
- Mieszkamy... - odparła Martina. - Tak mi się zdaję...
- A mi się zdaje, że to ja tu mieszkam. - chłopak posłał jej rozbawione spojrzenie.
- Zaszła chyba jakaś pomyłka - wyjąkała cicho Alice, ściskając mocniej rączkę walizki.
Martina przebiegała wzrokiem po ciele nastolatka.
- Och... - nie mogła się powstrzymać. Młodzieniec zaśmiał się cicho.
Do pokoju wszedł Carter popychając przed sobą małego Jamiego.
- Coś nie tak? - odezwał się widząc miny dziewczyn. Skierował wzrok na chłopaka, który w tym momencie oparł się o framugę drzwi i skupiony przyglądał się to Alice to Martinie.
- Kim jesteś? - zwrócił się do niego.
- Nazywam się Ian Meyer i mieszkam w tym pokoju. - obwieścił światu młodzieniec nazywający się Ian Meyer.
- Musiała zajść jakaś pomyłka, bo dopiero co przybyliśmy i dostaliśmy ten pokój - wytłumaczył spokojnie Carter. Ian'owi nagle coś zaświtało, wyszedł na korytarz i dokładnie obejrzał numerek na drzwiach. ''16''.
- Już wiem o co tu chodzi! - zawołał Ian. - Numer na drzwiach się ''przewrócił i z ''19'' zrobiła się ''16''.
- To ty nie potrafisz znaleźć swojego pokoju bez patrzenia na numer? Nie kojarzysz tego w ten sposób, że mój  pokój jest np. na końcu korytarza? - zapytała śmiało Martina.
- Kojarzyłbym, gdybym mieszkał tu trochę dłużej. Przyjechałem wczoraj. Mieszkam w szóstym pokoju od początku. - puścił oko do Martiny i wyszedł - Przepraszam za najście! - krzyknął zza drzwi.
Carter wzruszył ramionami i wziąwszy swoją walizkę, zataszczył ją do sypialni.
***
Martina stała przy oknie swojego pokoju obserwując wielkomiejski ruch za błyszczącą szybą.
Gdzieś tam daleko była jej ukochana Holandia. Gdzieś tam, całkiem blisko mieścił się stadion narodowy. Gdzieś tam, całkiem niedaleko było centrum Barcelony. Gdzieś tam, bardzo blisko czekały na nią przygody, które miały ją spotkać podczas dwóch tygodni.
- Jesteś głodna? - Carter wszedł do jej pokoju bardzo cichutko.
- Tak - odwróciła się do niego twarzą,ale nie ruszyła z miejsca. Chłopak zamknął drzwi, podszedł do niej i przytulił ją po bratersku. Czule, długo, dodając otuchy i jeszcze odrobinki szczęścia.
- Sam gotowałem - zaśmiał się pod nosem.
- Nie uwierzę póki nie zobaczę - powiedziała Martina i w podskokach wybiegła z sypialni. - Nie uwierzę póki nie spróbuję - usłyszał jej głos dobiegający z kuchni.
Daniem "ugotowanym przez Cartera" okazała się zamówiona przez niebo barcelońska pizza.
- Jest pyszna! Świetnie gotujesz! - pochwalił go Jamie,który był niezwykle łatwowierny.
Carter i Alice chcąc zadowolić i siebie i "dzieciaki" na każdy dzień mieli coś zaplanowane. Na obecną chwilę mieli zwiedzać najbliższą okolice z przewodnikiem, ale wątpili czy spodoba się to Jamiemu.
Była godzina 14.30, państwo Stoessel byli już po "obiedzie " składającym się z pizzy i coli. Wszyscy popędzili do swoich pokoi by spakować do poręcznych toreb kilka niezbędnych rzeczy na kilku godzinną wycieczkę. Alice która była na wszystko zawsze przygotowana w torbie miała aparat fotograficzny, dwa zapasy baterii do niego i trzy karty pamięci ("na wszelki wypadek!"). Carter, który w życiu nie był w Barcelonie zabrał trzy rożne plany miasta i mapę Barcelony. Martina wzięła telefon, swoje własne pieniądze, okulary przeciw słoneczne i cienki sweter, gdyż w Barcelonie pogoda zmienia się z minuty na minutę ;). Jamie wpakował do swojego plecaka wszystko co miał w walizce myśląc,że się przeprowadzają. Martina pomogła mu wziąć tylko to co potrzebne. W końcu w plecaku znalazły się trzy butelki soku, dwie paczki ciastek z czekoladą, pięć małych pluszaków i czapka z daszkiem. Przed hotelem ANDANTE czekał na nich przewodnik, który świetnie mówił po polsku. Za prywatnego przewodnika Carter zapłacił fortunę, ale o tym skąd wziął pieniądze to potem :D.
***

Przewodnik okazał się dość tęgim, opalonym i roześmianym facetem z czarnym wąsem. Barcelonę znał jak własną kieszeń i chętnie zgodził się ją pokazać "grupce młodziaków z Holandii". 
Skinął na nich głową i ruszyli jedną z głównych ulic. Jechali bryczką zaprzężoną w 4 czarne konie.  Niebawem zatrzymali się przed ogromną świątynią, która, jak zauważyli była w remoncie.
Jamiemu prawie oczy wyszły z orbit.
Przewodnik ucieszył się z ich reakcji. Był dumny z Barcelony, choć tak naprawdę pochodził z Afryki.
- Sagrada Familia - przedstawił budowlę mężczyzna. - Właściwie nazywa się katal. Temple Expiatori de la Sagrada Familia. Świątynia Pokutna Świętej Rodziny - przetłumaczył na język holenderski, ale nie doczekał się żadnej odpowiedzi, gdyż cała czwórka wpatrzona była w czubek świątyni.
- Nie wierzę,że tu jesteśmy naprawdę - szepnęła Martina.
- Niech się panienka tak nie dziwi! Dopiero się panienka zdziwi jak panienka zobaczy co jest w środku! - zapewnił ze śmiechem przewodnik.
- Secesyjny  kościół w Barcelonie o statusie bazyliki mieszanej, uważany za główne osiągnięcie projektanta Antoniego Gaudiego.n- kontynuował. - Jesteśmy na Carrer de Mallorca, 401, 08013 Barcelona. - uśmiechnął  się do Jamiego.
- Możemy wejść? - oprzytomniał Carter.
- No jasne! - zgodził się chętnie mężczyzna. - Budowę świątyni rozpoczęto w 1882 roku, a otwarta została 7 listopada, cztery lata temu. Wysoka na 170m - dodał z podziwem.
- Strasznie długo budowana - zauważyła Alice.
- Głównymi architektami są Antoni Gaudi i Mark Burry. - obwieścił barcelończyk, kiedy wchodzili do bazyliki.
- Jakie są style architektoniczne? - zapytał całkiem inteligentnie Carter, za co został zmierzony podejrzliwym spojrzeniem przez Alice.
- Novecentisme, Architektura gotycka w Hiszpanii, Modernizm, Modernizm kataloński, Secesja - wymienił przewodnik. Znaleźli się właśnie w środku budowli.

- Takiego czegoś nie ma Holandii - powiedziała bezmyślnie Martina.
- No jasne,że nie ma! Jest tylko w Barcelonie! - zaśmiał się mężczyzna.
- Pięknie! - zawołała uradowana Alice i wyciągnęła powtórnie aparat fotograficzny.
Gdy tak stali na środku świątyni, podziwiali, robili zdjęcia, nagle przeszła koło nich grupka składająca się z czterech osób. Mężczyzna i kobieta w wieku może 40 lat, chłopak i dziewczyna wyglądająca na 13 lat. Chłopak popatrzył na Martinę i mrugnął do niej. Dziewczynę to bardzo zdziwiło. Nagle rozpoznała w nim Iana, tego, który pomylił rano pokoje. Udawała,że nic się nie stało i odwróciła się przodem do przewodnika, który właśnie opisywał ołtarz bazyliki.
Po kilku minutach wsiedli z powrotem do bryczki ze smutkiem opuszczając Sagradę Familię, gdyż była taka piękna,że żal ja opuszczać.
Stanęli na Passeig de Grácia 92 przed ogromną kamienicą.
- Również Secesja, i również Antoni Gaudi. - obwieścił przewodnik. - 1906-1910.
- Zamieszkana czy zabytek? - zaciekawiła się Alice.
- Oczywiście,że zamieszkana! - uśmiechnął się mężczyzna. - Toż to zaszczyt mieszkać w takim budynku, w takim otoczeniu!
- Casa Mila - powiedział za przewodnika Carter.
- Skąd pan wiedział? - przewodnik wcale się nie zdziwł.
- Gdzieś o niej słyszałem. - odpowiedział spokojnie.
Martina i Jamie stanęli przed obiektywem Alice i robiąc głupie miny pozowali do zdjęć.
Przewodnik zabrał ich w jeszcze jedno miejsce, przeznaczone do zwiedzania na ten pierwszy dzień.
Była to świątynia Barri Gótic.
Carter był nią szczególnie zachwycony. Niemniej spodobało mu się wewnątrz.
***
Pożegnali się z przewodnikiem pod hotelem ANDANTE. Alice przyniosła więcej gotówki i z dumą obwieściła:
- A teraz idziemy na zakupy!
- Możesz sobie pomarzyć! - zaprotestował Carter. - Idziemy obczaić basen na dachu! Alice, która zawsze potrafiła wybrnąć z sytuacji, znalazła rozwiązanie.
- Ty zabierzesz Jamiego i pójdziecie "obczaić basen na dachu", a ja i Martina pójdziemy na zakupy! Nie można chodzić w Holenderskich ciuchach po barcelońskich ulicach! - stwierdziła.
***
Martina trzęsła się z radości. Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Porzuciła myśl "skąd pieniądze na to wszystko?" i zdecydowała się korzystać ile wlezie. W radosnych podskokach podążała krok w krok za Alice świetnie się przy tym bawiąc.
- Dobra, mała, gdzie najpierw? - zapytała gdy stanęły na pierwszym skrzyżowaniu.
- Jeśli pytasz do którego miejsca najpierw, to do fryzjera, a jeśli pytasz, którędy, to ja również nie wiem - zaświergotała rozradowana. Zignorowała zwrot "mała" , nie chcąc psuć humoru, ani sobie ani przyjaciółce.
 - Bajecznie, kochana! - zaśmiała się Alice. - ¿Dónde está el barbero más cercano?* -zapytała przechodzącą koło nich dziewczynę ubraną w wiśniową sukienkę do kolan.
Barber es dos calles de distancia** - odparła nieznajoma z uśmiechem wskazując palcem niewidoczny punkt przed nimi. 
- Umiesz hiszpański? - szczerze zdziwiła się szesnastolatka.
- Umiem - przyznała z dumą Alice - Ty też niebawem się nauczysz. - Martina nie wiedziała,że to zdanie miało dwa znaczenia.
- Fryzjer... - rozejrzała się Alice. - Dwie ulice dalej, śmiało! - żwawym krokiem przeszła przez ulicę, ciągnąć za sobą Martinę.
- Skoro jesteśmy w Barcelonie to i fryzurę wypadałoby zmienić, co najmniej poprawić - mrugnęła do niej Martina.
- To co robimy z twoimi włosami? - zapytała nie patrząc na nią Alice.
- Poprawiamy końcówki i i dodajemy więcej koloru! - rozradowana nastolatka rozłożyła szeroko ramiona.
- Carter mnie zabije... Ale co tam! Raz się żyje! Zwłaszcza w Barcelonie - roześmiała się dwudziestolatka. 
- A ty? 
- A ja? Może pociemnić? Nie za jaskrawy ten kolor? 
- Nieee.. Jest odpowiedni... - przyznała Martina.
***
Wychodząc od fryzjera, wydając masę pieniędzy, dziewczyny były nie tylko bardzo zadowolone, ale też wyglądały naprawdę wyjątkowo. Martina miała bardziej trwałe, widoczne i wyraźniejsze fioletowe końcówki i lekko pofarbowane na ciemny brąz włosy, tak dla efektu. Dodatkowo były wymodelowane.
Alice stwierdziła,że jej naturalny rudy kolor jej się podoba i fryzjer jedynie postrzępił jej włosy i również elegancko ułożył. Z takimi fryzurami śmiało mogły paradować po hiszpańskich centrach handlowych z wysoko uniesioną głową. Nazwy sklepów były nieznane,ale niezwykle przyciągające wystawy robiły swoje. Alice rzucała pieniędzmi na prawo i lewo zupełnie się tym nie przejmując. Łącznie odwiedziły 6 sklepów z ubraniami, 2 z butami, kilka butików z biżuterią i kosmetykami i oczywiście nieodłączny MaCDonald. Ostatni sklep był wyjątkowy. Zwłaszcza przebieralnie. Drzwi do nich były automatyczne,po lewej stronie świeciło się zielone lub czerwone światełko w zależności od tego czy była zajęty, a gdy przebywająca w niej osoba chciała wyjść wystarczyło dotknął całą dłonią powierzchni drzwi. W drzwiach mieścił się kwadratowy otwór, który zamykał się na czarne pół-drzwiczki. Przez otwór ciągnął się metalowy drążek. Kiedy klient decydował się na zakup np. sukienki wieszał ją na drążku, wpisywał w malutkie pole swoje imię i nazwisko po czym zakupiona rzecz leciała przez drążek do kasy czekając na właściciela, który mógł dalej szukać ubrań dla siebie. Dziewczyny były tym jednocześnie zachwycone jak i zdumione. W rezultacie,opuszczając ostatni sklep Martina wyglądała w ten sposób: 

Alice też prezentowała się niczego sobie. Jej wadą była lekka wybredność, więc wybranie dla niej rzeczy, w których odważyłaby się wyjść na hiszpańskie ulice trwało, co prawda godzinami :
Alice i Martina kupiły sobie stylowe, jeansowe plecaki, które były ostatnim krzykiem mody barcelońskiej. Dodatkowo Martina kupiła podobny plecak Jo, która bez wątpienia wykupiłaby z tego właśnie sklepu nie wszystkie "stylowe plecaczki", ale też i resztę ubrań.
Poza tym, obie turystki dźwigały całe mnóstwo toreb pełnych nowych zdobyczy i co kilka minut spotykały bardzo dobrze wychowanych młodzieńców, którzy oferowali pomoc w ich niesieniu.
Dwudziestolatka nie zastanawiała się długo i według własnego upodobania wrzucała do torby wszystko co wpadło jej w oko :
Martina z podziwem patrzyła na co decyduje się jej przyjaciółka i nie chcąc zostać w tyle,wybrała dla siebie wymarzone koszulki i jeansy, oraz wypatrzywszy na jednym z wieszaków koszulkę z napisem "ALWEYS" i znakiem Insygniów Śmierci, bez zastanowienia wzięła ją także z myślą o Lisie.
W Torbach Martiny znajdowały się :
Nie mogła powstrzymać się przed kupnem koszulki Barcelony. Wychodząc ze sklepu, obładowane torbami, wpadły na drobną, na krótko obciętą blondynkę. 
- Bardzo przepraszam! Nic ci się nie stało? - zapytała Martina rzucając torby na ziemię i nachylając się nad siedzącą na ziemi dziewczyną.
- Martina? - zapytała patrząc z zaciekawieniem w jej głębokie, miedziane oczy.
- Rita?! To naprawdę ty?! - Martina uradowana złapała odruchowo dziewczynę za ręce. 
Rita Skeeter, blond włosa szesnastolatka chodziła z Martiną do pierwszej i drugiej klasy gimnazjum. Przez ten czas bardzo się zaprzyjaźniły. Bywało,że Martina spędzała więcej czasu z Ritą niż resztą paczki. Rozumiały się znakomicie i były bardzo podobne. Po wakacjach, przed trzecią gimnazjum Rita dowiedziała się,że wyjeżdża do Barcelony, gdyż zmarła jej babcia i rodzicie musieli zająć się dziadkiem dziewczyny, a poza tym jej matka miała tam lepsze warunki do pracy. Martina nigdy nie uwierzyłaby,że spotka Ritę w ogromnej Barcelonie. To było szczerze niemożliwe. Teraz, kiedy po przykrej rozłące bliskie przyjaciółki spotkały się na nowo, gorące uczucie odżyło i rzuciły się sobie w ramiona. 
- Kochana! Co ty tu robisz? - zdziwiła się Rita.n- Niegdyś nie przypuszczałam,że będziesz  w Barcelonie! A co dopiero,że spotkamy się w Barcelonie! Tęskniłam
- Ja też siostro! Jak dobrze znowu mieć cię dla siebie! - Martina wtuliła twarz w miękką sukienkę Rity. - Gdzie mieszkasz?
- Jak to? Nie wiesz? Moja mama jest właścicielką takiego wielkiego, luksusowego hotelu ANDANTE od ponad pół roku! - Martina zbladła, Alice natomiast zaśmiała się cicho za nimi.
- Rito, my tam właśnie mieszamy przez dwa tygodnie...
-Naprawdę? Och, jak cudownie! - Rita z radości zaczęła potrząsać dawno nie widzianą przyjaciółką. - Chodźcie! Pomogę wam to Wszystko zanieść! Zaszalałyście dziewczyny! - Rita znała Alice i zaraz po przywitaniu się z nią z wielką chęcią sięgnęła po część toreb z zakupami i bez oglądania się pomaszerowała przed siebie, a buzia jej się nie zamykała.
***
Rita popijając oranżadę z lodem właśnie kończyła opowieść o swojej nowej szkole, kiedy dotarli pod hotel. Zostawiły zakupy, pośpiesznie się przebrały i postanowiły dołączyć do Cartera i Jamiego, którzy w najlepsze korzystali z basenu hotelowego. Wchodząc na dach, Martina rozejrzała się i uderzył ją mocny zapach chloru i brzoskwiń... To zapewne jakieś
odświeżacze  powierza. Widok był nieziemski,a zabawa wodna kusiła i zapraszała. Dziewczyna rozejrzała się za bratem i Jamiem i wtedy zobaczyła Iana. Wylegiwał się na leżaku, koło siebie miał stolik z drinkiem i sałatką owocową. Zauważył ją, może z powodu widocznych końcówek, a może z powodu bijącej od niej w tej chwili radości i szczęścia. Martina usłyszała głośny "plusk" i już po chwili Rita wylądowała w ramionach Cartera, by i z nim przywitać się po długim czasie nie widzenia się. Gdzie Jamie? Woda była tak przezroczysta i czysta,że Martina bez trudu dostrzegła wątłą sylwetkę chłopca trzepoczącego się pod wodą. Jamie pływał. Jamie pływał?! Czy Jamie umie pływać?! Czy on się aby nie topi?! Nie! Już po chwili Jamie z triumfalnym uśmiechem, zadowolony,że udało mu się nabrać przyjaciółkę. Jamie nauczył się pływać. 
- Jestem tak dobrym pływaniem,ze umiem nawet udawać,że się topię! - obwieścił wszystkim wkoło.
 - "Jesteś tak kiepskim pływaniem,że ludzie patrząc na ciebie nie wiedzą, czy pływasz,czy się topisz" - pomyślała Martina.
Alice i Martinie bardzo się basen spodobał i świetna zabawa nie miała końca.
Wychodząc z basenu wszyscy mieli dobre humory, ale byli trochę głodni i zmęczeni i wszyscy z niecierpliwością oczekiwali na pyszny obiad Alice i Pani Skeeter.
Ian zatrzymał Martinę gdy wychodziła na klatkę schodową.
- Nie unikaj mnie... - zaczął - Chcę cię lepiej poznać. Jesteś najpiękniejszą dziewczyną jaką kiedykolwiek poznałem. Mam nadzieję,że twoje wnętrze jest równie piękne... - szepnął i spojrzał dziewczynie w oczy. Potem odszedł, nie czekając ani Martina coś powie, ani zanim wyszarpnie mu ramie z ucisku ręki. 
- "Twoje wnętrze jest równie piękne" - zastanawiała się Martina - "Moje flaki i wątroba są piękne?!" - pomyślała, nie biorąc ani trochę na poważnie zalotnych i jakże romantycznych słów chłopaka.
***
Tak wiem! Zepsułam bardzo romantyczny moment xD Co ja zrobiłam?! To nie było w planach uwierzcie...
Jest godzina... 23.30, rozdział jest skończony, dożynki pewnie niedługo też... Czuję się spełniona...
* ¿Dónde está el barbero más cercano? - Gdzie jest najbliższy fryzjer?
**Barber es dos calles de distancia - Fryzjer to dwie ulice dalej.
Język hiszpański, przetłumaczono za pomocą translate google.
***




środa, 6 sierpnia 2014

Rozdział 5 - '' Do zobaczenia za dwa tygodnie''

Cała piątka pochylała się nad nieprzytomną jeszcze kobietą. Respirator miarowo wydawał pikające dźwięki. Martina była zdenerwowana. Pani Crawford była w śpiączce. Nie dało się z nią porozmawiać. Dziewczynie zależało na czasie. Nie mogła zabrać Jamiego bez jej pozwolenia. Budzenie na siłę kobiety nie wchodziło w grę. Jamie siedział na kolanach Martiny bawiąc się palcami swojej mamy. Jego kolana dotykały zielonego pokrycia łóżka szpitalnego. Alice, która stała dwa kroki za chłopcem i Martiną , zatroskana, opierała głowę na ramieniu Cartera. Carter czule ją obejmował i miał nadzieję, że mama chłopca się niebawem wybudzi. Lucas siedział bardzo blisko Martiny i co chwila głaskał ją po plecach. Pielęgniarka pracująca przy respiratorze co jakiś czas posyłała zebranym słaby uśmiech, ale dawała też  jasno do zrozumienia, że pora by wyszli.
***
- No nic... - westchnął Carter odwracając się do wyjścia. Pociągnął za sobą Alice i wyszli z sali. Lucas mrugnął do Jamiego, chłopiec w mig zeskoczył z kolan opiekunki i wyszedł. Lucas poklepał Martinę po ramieniu i również opuścił salę. Dziewczyna nie zauważyła żadnej różnicy w zachowaniu mamy Jamiego więc też postanowiła pójść. Będąc już przy drzwiach usłyszała przyśpieszony oddech Evy Crawford. 
- Martina... - wyszeptała kobieta bezgłośnie poruszając ustami. Nastolatka prędko wróciła na swoje miejsce. Przez przezroczyste drzwi, pozostali obserwowali chorą i jej gościa.
- Spokojnie, proszę nic nie mówić - Martina złapała ją za rękę i postarała się jak najszybciej streścić jej swoją prośbę.
- Oczywiście. Zabierzcie Jamiego... - zgodziła się z ulgą kobieta. - Będę spokojniejsza o niego kiedy będzie z wami - zapewniła. - Dobrze mu zrobią wakacje, a ja w tym czasie może wydobrzeję.
Martina poklepała kobietę po ręce, pożegnała się i życzyła powrotu do zdrowia. Nie martwiła się o to kto będzie odwiedzał kobietę i opiekował się nią. Pani Bakker zobowiązała się dotrzymywać towarzystwa pani Crawford i troskliwie jej doglądać. Reszta czekała na Martinę przy drzwiach. Był z nimi lekarz kardiolog zajmujący się chorą kobietą.
- Jestem w szoku. - wyznał szczerze. - Pierwszy raz zdarzyło mi  się by kobieta po ciężkim zawale serca, oprzytomniała już na drugi dzień! - lekarz był pełen podziwu.
- Jest silna - przyznał Carter. 
- Wszystko będzie dobrze - dodała optymistycznie Alice.
- No to jak? Chyba się zbieramy? - zaproponował Carter.
- Racja - przyznał zakłopotany Lucas. Martina odetchnęła ciężko i mocniej ścisnęła rękę Jamiego.
- Pójdę z Jamiem i Lucasem po rzeczy małego, pani Bakker przekazała mi klucz - obwieściła dziewczyna.
- My zaczniemy się już pakować - Alice i Carter pośpiesznie wyszli ze szpitala. Martina posłała Lucasowi uśmiech i po chwili i oni byli już przed wejściem.
***
Dziewczyna w pośpiechu wrzcuała do poręcznej torby ubrania i niezbędne rzeczy chłopca. Jamie był w swoim pokoju i nieświadomy,że opuści go na 2 tygodnie, wkładał do plecaczka pluszaki i inne bliskie mu rzeczy. Lucas przetrząsał szuflady w poszukiwaniu książeczki zdrowia i innych dokumentów malca. Czterolatek z niewielkim bagażem niezauważony stanął gotowy do drogi przed domem. Wszystkie części garderoby już leżały w walizce. Martina pomagała szukać dokumentów. Na szczęście wszystko sprawnie poszło i cała trójka przed 11.00 była w domu. 
- Wakacje!!! - Jamie wpadł do kuchni domu Stoessel z głośnym wrzaskiem. Ten radosny okrzyk poprawił humory domowników. Alice i Carter byli spakowani. Siedzieli przy kuchennym stole wypijając ostatnią, szybką kawę. Martina poszła sie spakować.
- Barcelona jest piękna, spodoba ci się - zapewniał Lucas opierając się o sosnową komodę.
- Skąd wiesz? Przecież nigdy nie byłeś? - Martina kryła w sobie niezadowolenie. Była w złym humorze, bo wszystko toczyło się nie po jej myśli. Siliła się na optymizm bo w końcu wyjazd do Barcelony to świetna rzecz!
- Będę pisał, ty też z resztą - wspomniał. Lucas. - Nie pożegnałaś się z Jo ani Lisą - zauważył chłopak - Brajan będzie zawiedziony wiedząc,że jesteś kilka kilometrów od Messiego i Neymara, a on nic o tym nie wiedział. Seravino będzie niepocieszony,że nic nie widział o twoim wyjeździe. - wyliczał.
- Skończ już! Nie mam ochoty... - zaczęła
- Nie masz ochoty tam jechać? Słyszysz siebie? Każdy by chciał zobaczyć Barcelonę! Nie każdy ma jednak tyle kasy i szczęścia! 
- Nie planowałam tego wyjazdu, nie mam czasu na pożegnania. - po jej policzkach popłynęły łzy. Nie mogła tego znieść. Potrzebowała uścisku Jo i słów pocieszenia Lisy. Nagle prze otwarte okno do domu wtargnęły - blondynka i brunetka. Jo, nie czekając ani chwili rzuciła się na szyje przyjaciółce.
- Po powrocie musisz mi koniecznie powiedzieć jak ubierają się Barcelonki! - zawołała z uśmiechem.
Lisa delikatnie złapała Martine za rękę.
- Nie zgub się, Barcelona to wielkie miasto - zapewniła spokojnie.
Martina nie mogła powstrzymać śmiechu.
- Będe tęsknić! - zawołała na pożegnanie i wyszła z pokoju, a Lucas i dziewczyny za nią.
- Dać wam klucze? - zapytał niepewnie Carter na ich widok.
- Nie trzeba! - zaśmiały się przyjaciółki.
- O 12.00 mamy samolot! - krzyknęła z samochodu Alice.  Carter przypiął Jamiego pasem a sam wsiadł za kierownicę. Lucas podszedł do Martiny, złapał ją za rękę i nachylił do jej ucha.
- Masz się dobrze bawić - szepnął. - Do zobaczenia za dwa tygodnie... - dodał.
- Tak jest! - przytaknęła z entuzjazmem dziewczyna. Lucas pocałował ją czule w policzek i stojąc na stopniach do domku, razem z Jo i Lisą, machał na pożegnanie odjeżdżającej rodzinie.
***
Na samolot zdążyli ze spokojem. Martwili się tylko o Jamiego jak zniesie lot samolotem. O dziwo chłopiec z wielką chęcią wsiadł na pokład i usadowił się na wolnym miejscu. Skasowali bilety, wysłuchali poleceń stewardesy i miło się uśmiechając wyjrzeli na zostawiony w tyle Amsterdam i kochaną, rodzinną wioskę. Martina poczuła burczenie w brzuchu.
- To skutek lotu samolotem, czy naprawdę jestem głodna? - zastanawiała się. Jamie, który był bardzo towarzyski, łatwo nawiązał rozmowę z siedzącymi obok mężczyzną wyglądającym na około 40 lat.
Martina siedziała z Alice,a Carter posłusznie przysiadła sie do trzęsącej się staruszki.
Martina leciała drugi raz samolotem. Pierwszy raz kiedy miała 5 lat, więc prawie wcale tego nie pamiętała. Przez okrągłe okienka samolotu było widać pierzaste chmury i słońce na szczycie nieba. Z Amsterdamu do Barcelony było 1 240 km.
W tym celu trzeba było przelecieć całą Francję. Może osiemdziesięcioletnia babcinka koło Cartera odezwała się do niego:
- A pan gdzie leci?
- Jak to gdzie? Wszyscy lecimy do Barcelony! - odparł zdumiony Carter.
- Jak to? - przeraziła się staruszka. - To tutaj nie jest tak jak w pociągu? Nie wysiada się na przystankach?
- No nie proszę pani. - Carter wzruszył ramionami.
- O kurczę.... Nigelu!!! - odwróciła się do tylu i zawołała drobnego dziadziusia siedzącego 5 siedzeń dalej. - Nigelu! Lecimy do Barcelony! - zawołała przestraszona.
- A gdzie państwo mieli wylądować? - zapytał z troska w głosie Carter.
- W Paryżu... - odparła zakłopotana kobieta.
- Właśnie przelatujemy nad Paryżem... - westchnął Carter.
- Mieliśmy odwiedzić córkę... - szepnęła babcia i ponownie odwróciła się do tylu. - Nigelu! Będziemy musieli się zatrzymać u tej wrednej zrzędy Amandy w Barcelonie! - obwieściła małżonkowi.
Ale kim była "wredna zrzęda Amanda " Carter się nie dowiedział. Alice nienawidziła bezczynności i postanowiła przynieść coś do jedzenia. Nigdy jeszcze nie latała samolotem więc chodzenie po pokładzie sprawiało jej trudność.

 - *Relax, je kunt het doen- powiedziała do siebie zmierzając do samolotowej kuchni.
Wróciła po 10 minutach i niepewnie stąpajac po pokładzie próbowała dostać się do swojego miejsca. Niestety samolot lekko sie przechylił i Alice straciła równowagę. Wylała zimną colę prosto na Jamiego, który siedział najbliżej.
- Nic nie szkodzi - malec posłał jej chytry uśmiech. Alice wzruszyła ramionami i doniosła resztę do siedzącej koło niej Martiny. Już niedługo cała rodzinka obżerała sie niezdrowym fast  foodem.
Po 2 godzinach lotu mogli zobaczyć z okien samolotu wieżę Eiffla i zabudowania Paryża. Martina nigdy tam nie była, więc teraz mogła być jej jedyna szansa zobaczenia go. Przez szybę samolotu. Chociaż coś. Pomyślała o Barcelonie. O 2 cudownych tygodniach, które tam spędzi. O przygodach które ją spotkają. O nowych ludziach i doznaniach. Uśmiechnęła sie na myśl o tym. Mimo,że nie ma Lucasa... Ani Jo.... I Lisy.... I całej reszty.... To można się świetnie  bawić! Nagle poczuła że kocha żyć i zatrzęsła się z zadowolenia.
- Co ci jest? - zaśmiała sie na ten widok Alice która nie zważając na gwałtowne skręty samolotu w najlepsze wcinała kanapki.
- Barcelona mi jest! - zawołała radośnie Martina i szeroko otworzyła oczy.
- Ach! Cieszy się! - obwieściła Alice Carterowi, który na chwilkę sie zdrzemnął. 
***
Jamie z rozłożonymi do lotu ramionami wybiegł z samolotu na lotnisko w słonecznej Barcelonie.
Martina zmrużyła oczy od słońca.
- Gorącoooo... - zauważyła Alice i okręciła się wokół własnej osi.
- Wsapńiale - stwierdził Carter.
 Nowoczesne lotnisko, a w oddali słynne, barcelońskie zabudowania wzbudzały zachwyt.
- No dobra... - westchnęła zmęczona noszeniem bagaży Martina - Gdzie nasz hotel?
- A no właśnie... - Carter z zakłopotaniem podrapał się po szyi. - Nie mamy hotelu.
- Słcuham?! Pojechaliśmy na wakacje w ciemno?! - nie dowierzała Martina. - Masz pełne pole popisu braciszku, wymyśl teraz coś! Carter wyciągnął komórkę i wpisał w wyszukiwarce : Hotele w Barcelonie.
- Mhmmm... - skupił się Carter - Mam! Jedziemy!
Martina nie dociekała jaki to hotel, gdzie się znajduje i tego typu rzeczy tylko wsiadła do taksówki biorąc na kolana Jamiego. Przez czarne szyby ekskluzywnej taksówki( można by powiedzieć - limuzyny), widać było charakterystyczne zabudowania, mnóstwo boisk do piłki nożnej, zabytkowe kościoły i świątynie. Po kilku minutach jazdy taksówkarz zatrzymał sie kilkaset metrów od centróm przed ogromnym hotelem, na którego czarnej jak noc i bardzo błyszczącej ścianie widniał biały napis ANDANTE. Martina nie przejęła się zbytnio tym,że taksówkarz sie zatrzymał, gdyż myślała,że albo się pomylił albo na coś czekają. Jednak gdy Carter wyszedł z taksówki i wiatr rozwiał mu włosy, a na jego twarzy pojawił się płomienny uśmiech, nie mogła uwierzyć własnym oczom. Przed nimi rozpościerał się widok na olbrzymi, luksusowy hotel, na którego stać było tylko nawiększych bogaczy świata.
- "Do których my ńie należymy" - pomyślała Martina. 
- Carter? - Dziewczyna w podskokach, ze słodkim jak miód uśmiechem na ustach podbiegła do brata i złapała go za ramię, by się zatrzymał.
- Carter, skąd ty miałeś pieniądze,żeby wykupić nam dwutygodniowe wakacje w tak drogim hotelu? - zapytała zamiast " Czy to aby nie pomyłka? To na pewno nasz hotel?", gdyż dobrze wiedziała,że to ten hotel i nie nastąpiła żadna pomyłka.
- Powiem ci później, kochanie - Carter nader szczęśliwy uśmiechnął się do niej, objął ramieniem i wprowadził do środka.
- A nasze walizki? - chciała wiedzieć Martina. Carter wskazał dłonią na mężczyznę ubranego w czerwony uniform, który szedł za nimi krok w krok niosąc ich walizki. Dziewczyna wyrwała sie Carterowi i podbiegła do mężczyzny.
- Może ja to wezmę - poinformowała biorąc do ręki walizkę Jamiego i swoją.
- Niech się panienka nie obawia! Ja nic nie ukradnę - zapewnił mężczyzna.
- Ja wiem, proszę pana, tylko nie mogę patrzeć jak się pan męczy. Ja chętnie panu pomogę. - posłała mu szeroki uśmiech jakby dla zapewnienia tego co mówi.
- Jest mi bardzo miło - lokaj ukłonił się przed nią z serdecznym błyskiem w oku.
- Jakie ona ma dobre serduszko - szepnęła Alice do Cartera powstrzymując łzy. Carter tylko zaśmiał się krótko i po chwili stali w windzie, która miała zawieźć ich na drugie piętro. Stojąc przy drzwiach numer 16, grzecznie podziękowali lokajowi i weszli do mieszkania.
***
Nie był to pokój hotelowy. Nie było to nic co przypomina pokoje w NORMALNYCH hotelach. Bo ten hotel był NADZWYCZAJNY. Pomieszczenia w nich przypominały pomieszczenia w normalnym domu. Były bardzo duże, wyposażone w wiele sprzętów i ozdób a przede wszystkim - jasne, czyste i ładnie pachnące ! :). Gdy Alice otworzyła drzwi pierwsze co zobaczyli to oślepiający blask słońca wpadającego przez okienko. Widok przez okno na centrum Barcelony, na stadion narodowy, na kościoły, wieże i zabytki. Coś wspaniałego. Mieszkanie hotelowe państwa Stoessel rozpoczynało się od niewielkiego hallu w którym stał wieszak na ubrania, stojak na buty, wsiał na ścianie obraz przedstawiający Messiego i Neymara na boisku (:D) oraz mały, biały i puszysty dywanik. Z hallu wchodziło się do salonu gdzie była porażająco czysta i biała podłoga, jasne, błękitne ściany i wiekie okna po prawej stronie ze szklanymi drzwiami na duży balkon. Po prawej, zaraz przy ścianie stała czteroosobowa, szara kanapa, przed nią stolik na kawę i dwa fotele. Wielki, płaski, plazmowy telewizor z tysiącem różnych kanłów. W rogu stał bardzo elegancki stolik szachowy z fantazyjnie kutymi krzesłami. Na podłodze leżał błękitny dywan, który wyglądał jakby nikt go nigdy jeszcze nie dotknął. Na balkonie stały dwa miękkie leżaki a pomiędzy nimi stolik, na którym ktoś postawił dzbanek z lemoniadą i cztery szklanki. Na stoliku do kawy w salonie stał talerzyk z ciasteczkami. Z salonu po lewej szło się do kuchni. Kuchnia była bardzo nowoczesna i przestronna z szaro-limonkowymi blatami. Znajdowało się tak kilka szarych i lśniących blatów, duża lodówka, kuchenka gazowa, kosz na śmieci, szafki wiszące, stół dla sześciu osób wraz z krzesłami. Ściany były koloru perłowego a podłoga była identyczna jak w salonie. Z kuchni wejście było do łazienki, która była niespotykających rozmiarów. Zaraz po lewej stała wanna z kości  słoniowej ze złotym kranem. Dalej po lewej stał prosty ale bardzo błyszczący i czyściutki prysznic. Po prawej wygodna toaleta dla osób płci męskiej i żeńskiej i na wprost przy ścianie znajdowała się przezroczysta umywalka ze zdobionym nad nią lustrem. Apartament składał się z dwóch sypialni. W jednej było łóżko dwuosobowe na co Carter i Alice przymknęli  oko, była na nim wiśniowa pościel. W rogu stała drewniana komoda, przy niej stał mały stoliczek, na którym stała lampka nocna i budzik. Z sypialni wychodziło się na kolejny balkon tym razem był na nim grill i ogrodowy stolik dla sześciu osób. W pokoju był puszysty dywanik z frędzlami koloru wiśni. Nad łóżkiem wsiał obraz przedstawiający widok na Barcelonę. Z sypialni drzwi  prowadziły do jeszcze jednego pomieszczenia. Było małe i prostokątne. Pełniło rolę garderoby. Po obu stronach małego pomieszczenia były białe, drewniane półki, na których mozna było położyć ubrania. Druga sypialnia była po drugiej stronie kuchni. Były w niej dwa jednoosobowe łóżka, w oknach wisiały pomarańczowe zasłonki, na ziemi leżały dywaniki w kształcie serduszek, przy ścianie stały dwie szafki z kilkoma półkami, a nad łóżkami  wisiały portrety Messiego i Neymara. Do okna zaś przyczepiono flagę FC Barcelony. W każdej szafce na naszych bohaterów czekało kilka rzeczy. W szafce w pokoju Alice i Cartera leżały dwie koszulki FC Barcelony, farby w kolorach drużyny i dwa bilety na mecz ( które Carter wcześniej zamówił). W szafce Jamiego leżał miś ubrany w barwy Barcelony trzymający w łapce bilet a na jego łóżku leżała koszulka jego rozmiarów. W szafce Martiny (też za sprawą Cartera) leżał odtwarzacz z jedną tylko piosenką - Hymnem FC Barcelony.
Wszyscy byli wniebowzięci prezentami, widokiem z okna, tym,że są w Barcelonie, tym,że są w tak bogatym i uroczym i miłym hotelu, tym,że spędzą tu 2 wspaniałe tygodnie pełne atrakcji. I żadne z nich w tej chwili nie tęskiniło do rodzinnej Holandii. Do rodzinnego domku. Do przyjaciół i rodziny.
Ale to był dopiero początek wrażeń....
***

            *Relax, je kunt het doen - Spokojnie, wszystko będzie dobrze/Spokojnie, możesz to zrobić
                                                                              ***
Witam po długiej przerwie. Mam głowę nabitą pomysłami, i zero.  motywacji do działania :D
Postarajcie sobie wyobrazić sytuacje którą wam przedstawiam. Nie wiem, czy komuś sie chce czytać tak długie (chyba) rozdziały xD. W każdym razie wszystko co tu piszę jest wyjmysłem mojej wyobraźni więc jeśli przesadzam to mówcie xD.